poniedziałek, 23 lutego 2015

wagony

porter
w sumie powinienem sie tak przedstawiać...

widziałem.
nawet chwilę słuchałem.
ładnie.
konfetti.

wracałem dzisiaj stranymi opłotkami do domu.
niby taki fajny skrót.
milion przejazdów kolejowych, trylion wagonów intercity, które stoją porozrzucane na przypadkowych torach. dziwne hangary długie na 300 metrow, rdzewiejące koła, gnijące elemnty wyposażenia. nie widziałem tam żadnej osoby. jechałem ponad 30 minut. powoli. zatrzymywałem się przed każdym przejazdem. nikt nie szedł. nikt nie wyszedł na papierosa. nikogo nie było w oknie. świeciło siętylko obrzydliwe światło z jarzeniówki. zimne.pokoje zawsze były zielone w środku. logo jest niebiesko pomarańczowe. ale reszta zielono brudna z elementami rdzy.
złe droga, złe miejsce.
moze z kimś u boku było by fajnie taki koniec Polski w centrum Warszawy...
ale mnie to przeraziło. strasznie.

nie widziałem księżyca.


wyjechałem tuż przed szlabanem. kolejny postój. jedna skm i jakaś jdnostka.
dojechałem po ponad godzinie...
tym super skrótem.
ale może w drugą stronę było by lepiej...
musisz zobaczyć.
musisz.

zadzwonię.



piątek, 13 lutego 2015

muszę

wino

wino

lub

piwo

nikt nie boi się wojny
wszyscy rozmawiają o rolnikach, górnikach, spółkach węglowych, związkach zawodowych.

nikt nie boi się wojny.

ja się boję.

myślę, że to nie do uniknięcia.
niestety.


nie wiem czy jeszcze istnieje, ale muszę iść do zakąsek przekąsek.


jutro
wieczór czas wyruszyć.
21.00


B chciałbym, żeby były B

tak. chcę.
oczywiście.



3 piwo.
zazdroszczę Ci takiego okna.
powinnaś z tego coś napisać.
ludzie nie widzą takich rzeczy. luzie są ślepi.nigdy nic nie zobaczą  dopóki im się tego nie pokarze.
w sumie po co to robić kiedy gardzi się ludźmi. nie ma sensu dla nich pisać.
to chyba obawa przed przemijaniem.

łyk.

byłem u neurologa.
coś kuło mnie w czaszce w jej górnej części.
zrobiliśmy ćwiczenia. okazało się, że nie ma fizycznych zmian...

miła 65-70 letnia brunetka.
bardzo konkretna.
sprawna nadzwyczaj.
uśmiechała się gdy kręciła moją głową.
musiałem zmachać "skrzydłami" w przód, w tył...
powiedziała ok.
zapisała jakieś prozaiczne leki i pewnie wzięła mnie za hipochondryka albo pojeba.

jakiś czas temu byłem u innej pani doktor.
spytała tylko i ile mam lat.
z lekkim uśmiechem powiedziała, że w tym wieku to na prawdę nie ma co przesadzać...


łyk
zrobiłem badania.
czekam.
internet nic nie podpowiada.
nie potrafię z niego czytać.

jutro mamy mecz.
B nie chce jechać.
ja nie mam ciśnienia.
wszyscy liczą na niego.


spaliła się żarówka przy moim biurku.

dzisiaj wygoniłem wszystkich z pokoju.
jest mi przykro, ale ja potrzebuje odrobinę prywatności.
nie mogę żyć w stadzie, mogę obok wraz z nim.

już zapomniałem o swoim pokoju.
pogodziłem się.
oni są ważniejsi.

zresztą, oni tak naprawdę są najważniejsi.
tak są.


przydało by się to wino.
lepszy weekend.


łyk

sklep.



nie będę jutro naciskał na mecz.
nie mogę patrzeć jak taki talent się marnuje.
ale pewnie takich chłopców jest bardzo dużo...
szkoda
że
się
to
pewnie nie
powiedzie...

bo psychika odziedziczona po mnie...


po chuj tylu malujących, myślących grafików...


do dupy to potrzebne.

dzięki tato, dzięki mamo.................................................................................................................











wtorek, 3 lutego 2015

po powrocie

chimay. mały.

łdane miejsce, mili ludzie. nawet ci najnormalniejsi, których musi trapić zły los są mili i uśmiechnięci. chcą ci pomóc.
sami fajni. wszyscy inni.
wydawało nam się, że będzie trudno. beda problemy ze nie dotrzemy na miejsce, ze nie dogadamy sie.
przynajmniej 2 osoby były zdenerwowane.
ja bałem sie tylko lotu.

to co kiedys opowiedział mi kolega, były absolwent szkoly w Dęblinie o lotach niestety utkwiło mi w głowie.
silnie się zakorzeniło.
być może się powtarzam...
najgorsze są starty nie lądowania. zawsze jest jakaś procedura awaryjna jeśli chodzi o lądowanie.
przy startach musi się po prostu udać.
skrzydła pełne paliwa i prędkość na maksa zeby wytworzyć siłę nośną...
jak coś pójdzie nie tak nie ma juz dalej co ronbić.

start zły. kolejny zły start. nienawidzę startów.
lot spokojny. wypiłem 2L wody w ciągu 2:30h.
lądowanie.
lubię.
wtedy odczuwam pewną satysfakcję, wszyscy pokrzykują i wzdychają a ja się uśmiecham.
miłe jest lądowanie.
bardzo.


miałem straszną nadzieję, że może coś się stanie, coś zadzieje, jakieś zrządzenie losu, przypadek... nie wiem... miałem nadzieję, że zostaniemy tam. po prostu tam już będziemy.
będziemy chodzić na kolejne śiwęta państwowe z udziałem królowej.

niestety tak się nie stało.

znowu jestem tutaj.
w tym gównianym miejscu.
w szarej wiosce.
wyladowalismy w śniegu.
pasażerka obok mnie modłiła się zebyśmy dostali pozwolenie na lądowanie.
moze leciała z nami do Londynu, wtedy mieliśmy opóźnienie 6 godzin....

 nie wiem dlaczego tak jest ze kiedykolwiek wracam tutaj to wszystko wyglada chujowo.
wszystko.
ulice.
światło.
chodnik.
pizza.
herbata.
woda.
rzeka.
dzieci.
metro.
muzeum.
otwór w okienku.
pościel.
bezdomni.
para.
farba.
tęcza.
fontanna.
...

wszystko.
ciekawi mnie jak to jest ze ludzie jada gdzies i wracja mowia.... fajnie, ale tutaj jest fajnie, najfajniej ....


łyk
SPITFIRE

teraz szukam okazji gdze można pojechać polecieć itp.
kuszę los zeby tam zostać. poza Polską.
daleko od niej. moze wtedy nabioręszacunku. dumy, moze zatęsknię.

dzisiaj mogę myśleć, że nie. NIGDY.
dopóki nie wymrze to jebane pokolenia.
ale jak już się narodzi nowe to przejmie wraz z tradycją tącałą naszą polską chujowość.

zresztą nie wiem.

chcę wyjechać.

na zawsze.

wino.



piątek, 16 stycznia 2015

płaszewscy

za 2 doby pakujemy sie w małe podręczne walizki (2 niebieskie z zamkiem szyfrowym i jedna szarą bez zamka) i lecimy do londynu.
4 dni.
ale lot mnie przeraza.
fak.

łyk
łyk

najgorsze ze nie ma tam alkoholu... przez 2.5 godziny bede cierpial gdzies na wysokosci 10 tys. metrow.
fak.


czytalem.

w którym to jst miejscu?


zazdroszcze ze gdzies sie przenieśliście
ze jest jakis krok.
maly i duzy.

dziwne jest to ze zeby poznac kogos bardziej nie mozna z nim byc.

ładne
ładne
ładne



straszne są loty.




sobota, 3 stycznia 2015

głąb

wiem, ale lubię to danie.
za dwa dni, nawet jeden wracam do pracy...

łyk
łyk
łyk
łyk

ehhh...


to było piękne dzisiaj.
dziekuje.


do 5 musze zrobić pasję.
coś już mam, ale nie wiem czy to jest wystarczające. musze chwilę nad tym usiąść.
na razie ułożyłem to w kształt mozaiki. ale teraz jak patrzę źle wygladają te odstępy między znakami.
na razie nie wiem czy zwiększyć czy zmniejszyć.

chciałbym pojechać do Chile.
Allende czy Pinochet?
fajnie było by posłuchać jakiegoś wykładu (-ów)

nie wiem czo o tym pisałem (nie czytam nic wstecz), ale 19 jedziemy do angli.
może coś zobaczę poczuję co zmieni, moje nastawienie do świata.
na pewno poczuję się jak półgłówek bez płynnej znajomości języka.
na to jestem (i nie jestem) przygotowany.

łyk

jestem głąbem.

bo co innego można o mnie pomyśleć.
takie zero. wahające się, czasami na minus czasami na plus.
ale średnia nie wychodzi dobrze.

udaję.


łyk

kłamca.


wyjechać.


łyk

dobranoc



wtorek, 30 grudnia 2014

przepis

szefa znajdziesz na pewno na chomiku.
albo moze  w jakiess kobiecej prasie typu tina filipinka czy inna zofia.


porter.

zajebiste(albo i nie ) jest to ze po raz pierwszy w zyciu roie cos (pisze) czego nie potrafie i nawet nie staram sie tego zmienic. wydaje mi sie ze to jakas część woloności którą udało mi sie w tym głupim niewolniczym pędzie znaleźć. działam dokładnie na takiej samej zasadzie jak "magia" w reklamie produktu do smarowania.
"co powstanie z połączenia ramy z masłem?" nie uwierzywszy... rama z masłem.
(kto kurwa mógł coś tak durnego wymyślić:))

dobrze mi na urlopie. mam wyłączone telefony i skrzynki mailowe.
nie nienawidzę tych mini rozmówek o dupie maryni z ludzimi z pracy, bo od razy przypominają mi, że za kilka dni znowu musze stać się kreatywny.
zwariowany, niebagatelny, warty naśladowania, ten który buduje super relację z klientem...
korpo żyg.


porter

byłem dzisiaj w sklepie z T-shirtami i innymi meskimi odzeżowymi pierdoletami.
wybrałem koszulkę XL... dopiero w przymierzalni zobaczyłem, że "polskie XL" to odpowiednik francuskiego XXXL...
muszę schudnąć
fak


porter, łyk.


ostatniej nocy śniła mi się moja nieznajomość jeżyka angielskiego.
Byłem na konferencji. Wysłali mnie. To było ważne wydarzenie dla całej firmy. Byli sami ważni i sami najbardziej inteligentni i najlepsi w tym fachu. A ja na samym początku wyszedłem do kibla. Sikałem i sikałem. Potem myłem ręcę, prawidłowo wg. instrukcji. Kiedy wyszedłem, ta zsrna konferencja cały czas trwała... Wlazłem tam po cichu i usiadłem pod scianą. Ale okazało się, że kurwa właśnie trafiłem na warsztaty. I widzę dziwczynę od nas z firmy, która idzie w moim kierunku pierdoląc coś pod nosem... Znowu zachciało mi się do toalety. I znowu nie mogłem znaleźć kibla który byłby zamknięty i nie połączony z pokojem. Stres. W końcu znalazłem po długich wycieczkach po piętrch i jazdach wieloma windami. Niestety nie było normalnej muszli tylko ślady na nogi/stopy. Po między nimi dziura. Śmierdząca.
muszę zapisać się na angielski.
fak


porter, łyk


piękny dokument: http://www.planeteplus.pl/dokument-robota-w-iranie_42313
nie wiem jak go ściągnąć,


może uda mi się w końcu stąd wyjechać.
nie ma nawet cienia propozycji. nic.
ale myślę, że może się  uda.
nie wiem dokąd...


zastanawiam sie dlaczego ludzie tutaj wracają.
wiesz?
dlaczego?

pije i uwalniam wolne rodniki.
popełniam samobójstwo, takie powolne. albo takie szybie. kwestia perspektywy.


łyk.


kupiłem sobie książę dziarskiego dziadka:)
od nowego roku wprowadzę jego zalecenia:)

właśnie sobie uświadomilem, że od ponad 6 miesięcy nie zjadłem nic co byłoby miłym, fajnym, niespodziewanym doznaniem.
nie mogę myśleć o jedzeniu...
fak



na koniec przepis:

1 cebula
1 ząbek czosnku
2 piersi z kurczaka
ser pleśniowy niebieski
makaron penne
śmietana
bazylia
pieprz
sól

makaron gotujemu normalnie.
pierś kroimy w kostkę.
cebulę kroimy w piórka. czosnek dodajemy w całości
na rozgrzany olej wrzucamy cebulę. czekamy.
ważne, aby cebula się nie zarumieniła bo będzie gorzka. nie spalmy czosnku.
szybko dorzucamy pierś.
mieszamy, aż kurczak będzię gotowy, ale nie suchy...
dodajemy pokrojony (obojętnie jak) ser pleśniowy.
czekamy aż się rozpuści.
dodajemy śmietanę. zmniejszamy ogień i lekko gotujemy.
dodajemy bazylię.
jeszcze moment...

odcedzamy makaron.
polewamy sosem..
przyda się parmezan.



łyk


mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem...




PS mam ten film mogę oddać.